Non omnis moriar…nie wszystek umrę – kilka myśli o śmierci.

Post co prawda jest z mojego archiwum, jednak z racji zbliżającego się dnia Wszystkich Świętych, postanowiłam go przywołać. Temat do łatwych i lekkich nie należy, ale czy tego chcemy czy nie – nie sposób całkiem od niego uciec. Inspiracją tego wpisu było odejście mojej ukochanej babci 1.11.2017 r. Pragnę podzielić się więc z Wami moją refleksją na temat Śmierci, przemijania, kruchości naszego życia…

 

Listopadowy miesiąc jest specyficzny. Pełen nostalgii, melancholii, refleksji…. To właśnie wtedy odwiedzamy cmentarze, będące miejscem spoczynku naszych najbliższych: rodziny, przyjaciół… Widzimy ich postaci, całe ich życie, wszelkie dobro, jakie nam ofiarowali. I w duchu pytamy siebie: dlaczego odeszli, pozostawiwszy nas tutaj, na tym łez padole? Przynosimy im kwiaty, wieńce, piękne znicze, modlitwę. Oraz to, czego nie zdążyliśmy ofiarować im za życia: swoją miłość, którą tak trudno nam było okazać. Podziękowania. Wspomnienia. Przeprosiny oraz wybaczenie wszystkich zadanych nam ran. To, co skrywaliśmy głęboko w sercu. SIEBIE… Wierzymy , że gdziekolwiek są – już nie cierpią, lecz cieszą się radością i pokojem. I tylko płonące znicze są dla nas symbolem ich obecności pośród nas. Bo chociaż ciało zostało pochowane (bądź skremowane) – oni naprawdę są z nami. Są bliżej, niż nam się wydaje: w naszym sercu.

 

Rzadko myślimy o śmierci, choć jest ona nieunikniona. Prędzej czy później zapuka do naszych drzwi. Jest ona dla nas tajemnicą, misterium. Nie wiemy, kiedy się jej spodziewać, jak na nią przygotować siebie i naszych bliskich. To trudna dla nas rzeczywistość. Śmierć kojarzy nam się tylko i wyłącznie z bólem, cierpieniem, strachem, samotnością, utratą. Śmierć to gwałt zadany życiu, to jego kres. I chociaż boje się śmierci – jak większość ludzi – wierzę, że to nie koniec. Że jest coś więcej. Wierzę mocno, że śmierć jest dopiero początkiem prawdziwego życia. Jest jakby przedsionkiem wprowadzającym nas w nową rzeczywistość. Tą rzeczywistością jest zbawienie, nowy Dom, którym jest Niebo. To na pewno niezwykle cudowne miejsce, które czeka na każdego. Wybór należy do nas.

 

Mimo, że spotykamy się ze Śmiercią co dzień – wciąż się Jej boimy. Ma ona wiele twarzy. Umiera wieloletnia przyjaźń (u mnie tak się zdarzyło). Wypalamy się zawodowo. Niekiedy wygasa miłość we wzorowych małżeństwach z naprawdę długim stażem. Miewamy myśli samobójcze, tracimy sens życia. To także pewien rodzaj obumierania. Zdarza się, że niektórzy ludzie przeżywają śmierć kliniczną i wracają do nas. Niewiele wiemy o tego rodzaju śmierci, ale słyszymy opisy przeżyć z nią związanej: tunel, światło itp. Największy lęk budzi w nas śmierć cielesna oraz poczucie osamotnienia i wewnętrznej pustki. Tymczasem istnieje o wiele gorszy rodzaj śmierci, której powinniśmy się obawiać: śmierć duchowa. A mówiąc prościej – odłączenie od Bożej miłości . Wieczna samotność. Potępienie. Piekło.

 

Moja Ś.p. babcia – bardzo często opowiadała mi o śmierci. O tym, że kiedyś odejdzie. Denerwowało mnie to , bo ileż o tej śmierci można? To w końcu taki dołujący temat. Wiem, że kiedyś umrze każdy z nas, ale po co to rozstrząsać? Raczej nie mamy na to wpływu, więc żyjmy tu i teraz: Carpe diem!. Co ma być – to będzie! Ale dziś wdzięczna jej jestem za to oswajanie mnie ze śmiercią. Pomogły mi te nasze trudne i szczere do bólu rozmowy, pomogła także wiara. Dzięki temu – kiedy babcia faktycznie umarła – na pogrzebie mogłam dotrzymać danej jej obietnicy: nie uroniłam ani jednej łzy, kiedy spuszczano trumnę. Było tak, gdyż patrzyłam już na tę drugą rzeczywistość – dla nas nieznaną, zakrytą. Wystarczyło mi to, że już nie cierpi. Że jest tam. Z NIM. Z Bogiem.(….)

 

 

Może zaskoczę Was tą myślą, która zmierza do puenty – ale powiem to: śmierć w kontekście czasu i ziemskiej egzystencji jest czymś cudownym, wręcz zbawiennym. Dlaczego? Ponieważ pomaga nam to życie szanować, wartościować. Gdyby nie było perspektywy śmierci, to nie szanowalibyśmy życia, nie potrafilibyśmy docenić tego, co życie daje nam każdego dnia. Gdyby nie było perspektywy śmierci w naszym życiu, to nie stanowiłoby ono żadnej wartości!. Zatem Śmierć jest dla nas pewnego ro­dzaju „szkołą” , która uczy nas jak ŻYĆ. Jest błogosławieństwem. Często nami wstrząsa, porusza , kruszy nasze serca. Ale przede wszystkim – pomaga nam – tak bardzo zabieganym – zwolnić, zatrzymać się i zadać sobie czasami pytanie: QUO VADIS? (…)

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Non omnis moriar…nie wszystek umrę – kilka myśli o śmierci.

  1. Zib

    Nawet nie wiesz jak bardzo masz rację Jo. Śmierć nie istnieje, śmierć duszy,milosci, wiary, nadziei, Boga- a zatem tego czym jestesmy, Jego czastki, bo Nią jesteśmy!
    Smierc ciała jest potrzebna po to by wciaż budowac Jego, moc i potęgę. Nasze duszą ja tworzą. I każdy kto istnieje teraz istnial ( żyl ) juź wiele razy i bedziexjeszcze wiele. Stąd deja vu, stąd pewnych ludziblubisz odvpierwszej chwili , a innych się boisz. Stad wiele historii a tym że ludzie wiedzą o czyms czego wiedziec nie maja prawa( w zgodzie z współczesna nauką). Wszystkie religie swiata maja w sobie ślady tej prawdy choc np. KK probowal wszystko usunac przez wiele lat. Swiadomosc tego że istniejemy wiecznie, że zawsze wracamy, że jesteśmy tym co tworzy Jego, tego z ktorego ” ciała” powstalismy, spowodowala by trudnosci w rządzeniu nami, naszymi . duszami! Przyziemna prawda!
    Tak śmierć jest szkołą i życie jest szkołą, wszysktko na wircznej drodze do Boskosci. Stajemy się Nim, cześc nas siexstaje , a reszta wraca. Tutaj, do jedynego piekła jakie istnieje!
    Tak mi sie wydaje, po tum jak miałem własne zejscie, dawno temu. A dowodóe na to jest miliony! Pozdrawiam mądrą kobietę Jo!☺

    Polubione przez 1 osoba

  2. Dziękuję Joasiu, jakiż piękny tekst. Ileż mądrych i kojących zdań. O umieraniu nie tylko ciała, ale przyjaźni, miłości w związku, wypaleniu zawodowym, czyli umieraniu energii zawodowej. I w końcu, że śmierć jest nam potrzebna choćby po to, aby szanować to co mamy, kruche życie. Dziękuję.

    Polubione przez 1 osoba

  3. CyryliMetody1

    Szanowna Pani, pisze Pani o śmierci, o swojej Babci. Ja też miałem to szczęście rozwijać się w rodzinie wielopokoleniowej. To co przekazała mi moja Babcia, przynosi owoce dopiero po … dziestu latach.
    Uwaga dla wierzących: jeżeli Bóg utworzył rodzinę i ustalił tak długości życia, że nakładają się wielopokoleniowo, dlatego dopiero rodzina wielopokoleniowa jest prawidłowa. Bo wszystko co Bog stworzył jest dobre. Uwaga dla niewierzących: od planktonu aż, poprzez małpy, do człowieka, ewolucja wytworzyła opiekę starszych nad młodym pokoleniem. Tylko te pokolenia przeżywały, które miały opiekę.
    I teraz dla wszystkich: Miłość dziadków do wnuków, a zwłaszcza wartości przekazywane przez dziadków są inne niż te od rodziców. Uzupełniają się. Biedne są wnuki żyjące bez dziadków. Jestem przekonany, że wychowanie i rozwój w takich niepełnych rodzinach kiedyś wyjdzie. Jak wyjdzie? Nie wiem, ale jestem przekonany że do pełnego rozwoju uczuciowego dziecka potrzeba dziadków. To też wynika z całego Pani postu o Babci.
    Którzy rodzice mają czas, aby oglądać z dziećmi albumy rodzinne i opowiadanie o tych, którzy już odeszli, albo o czasach gdy babcia była małą dziewczynką? To spaja rodzinę, pokazuje jej korzenie, z czasem wnuk, może dopiero jako dorosły, zauważy że jest wynikiem miłości przekazywanej przez wielu od ponad stu lat. To jest możliwe tylko w rodzinie wielopokoleniowej. Obecnie prawie jedna trzecia małżeństw się rozpada. Ten przekaz będzie zerwany.
    Mamy ośmioro wnucząt. Chciałbym troje z nich pokazać. Do moich wypowiedzi już kilka razy zamieściłem filmiki. Ale nadal nie jestem przekonany, czy to właściwa forma w blogu. Filmik jest o szczęśliwych wnukach z babcią. Jeżeli Pani uważa że nie jest to konieczne, proszę nie umieszczać mojej wypowiedzi. Acha, jeszcze uwaga: jeżeli zamieści Pani filmik, zyska Pni moją sympatię, jeżeli nie umieści Pani filmiku, zyska Pani sympatię mojej Żony. Motto tej formy wypowiedzi jest: Nie da ci ojciec, nie da ci matka, tego co możesz dostać od dziadka.
    To tak trochę na wesoło dopisuję się do Pani wpisu, wpisu refleksyjnego, ale nie smutnego. Byliśmy kilka lat temu na pogrzebie drugiej babci tych wnuków z filmu. Wszyscy nieśli wiązanki – Ostatnie pożegnanie. Ja = wiązankę z napisem: Do zobaczenia w niebie. A co w tym wesołego? Wszystko. I tym miłym wspomnieniem pozdrawiam,


    Gdyby się zaczynał od środka, proszę ustawić od początku

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s