7 uczuć -lektura obowiązkowa dla tych, co myślą o potomstwie.

images

 

Kilka dni temu miałam możliwość obejrzeć film pt. 7 uczuć, w reżyserii Marka Koterskiego. Tytuł filmu , mogący sugerować kolejną komedię romantyczną, nie ma z nią absolutnie  nic wspólnego. Temat nie należy do lekkich. Scena po scenie przedstawia  widzowi obraz, który można by zatytułować: „Wszyscy jesteśmy źle wychowani”. Co zresztą jest prawdą.

Głównym bohaterem jest Adam Miauczyński, który podczas psychoterapii powraca do traumatycznych czasów szkolnych aby poznać i zrozumieć siebie. Siedem podstawowych uczuć, których nie umiał nazwać ani przeżywać, a do których należą:  radość, smutek, złość, wstyd, poczucie winy, samotność i strach. Widzimy, jak wyglądały jego rodzinne relacje. Poznajemy jego troskliwą i kochającą matkę oraz ojca, który wychowuje swoich synów twardą ręką, nienawidzi zwierząt, stosuje przemoc, pije. W takiej atmosferze wzrasta Adaś. Najbardziej krzywdzące dla niego jest to, że nikt go nie dostrzega. Jego uczucia są totalnie ignorowane, bagatelizowane. Czuje się niepotrzebny, nieważny, mniej kochany niż brat.  Jest taka scena, gdzie Adaś jeździ na rowerze od domu do domu. Szuka swoich kolegów i koleżanek z klasy, jednak nikogo nie zastaje. Pomimo dramatu, jaki obserwujemy w całej tej historii, w filmie nie brakuje także humorystycznych scen.

Dużym atutem  produkcji jest po pierwsze – znakomita obsada. Po drugie fakt, że aktorzy wcielają się w role zarówno dorosłych, jak i dzieci (co jest dla mnie czym zupełnie nowym). Przyznaję, że początkowo mnie to zaskoczyło, jednak po chwili trafiło do mnie, o co mogło chodzić reżyserowi. W każdym dorosłym człowieku jest coś z dziecka. I tak naprawdę wszyscy mamy w sobie coś z Adasia. Nosimy w sercu jakieś rany. Wspomnienia, które nie są bez wpływu na nasze dorosłe życie. Przykładowo: jeśli dziecko było bite – w dorosłym życiu jest zalęknione. Jeśli często słyszało w domu słowa typu: ” co z ciebie wyrośnie”, „masz dwie lewe ręce” czy „jesteś beznadziejny, nawet tego nie potrafisz” – nie wierzy w siebie oraz w to, że może coś osiągnąć. Ja sama po obejrzeniu tego filmu byłam mocno zamyślona, a nawet rozbita, gdyż przypomnialam sobie pewną sytuację, która bardzo mnie złamała. Stanęło mi to z powrotem przed oczami  i zaczęłam płakać. Na chwilę wyszła ze mnie mała Asia.

Najbardziej jednak poruszyła mnie scena, kiedy dzieci przestają skakać na skakance i jednomyślnie postanawiają się powiesić. Nie widzą sensu, aby dalej żyć. Ich rany są zbyt bolesne, a ich życie zbyt ciężkie. Jednak znajduje ich woźna, która nie może uwierzyć w to, co widzi. Jest w ogromnym szoku. Pyta i krzyczy: DLACZEGO??? A dzieci wskazują na kartki, które mają na sobie. Woźna poznaje ich dramat i rozumie…Jest pełna współczucia, wstrząśnięta. Zastanawiałam się przez moment, dlaczego dzieci mają kartki, nic nie mówią. Odpowiedź przyszła sama: jest tak, gdyż w domu nie były nigdy wysłuchane. Ich uczucia nie były traktowane poważnie. Dopiero przy woźnej, która okazała im szacunek, pokazała, że ich życie jest cenne, dzieci się otwierają i MÓWIĄ. Ta końcowa scena naprawdę mną wstrząsnęła, dała wielki, emocjonalny kop.  Uświadomiła, jak trudno jest być dobrą matką/ ojcem. Jak ważne jest to,  w jaki sposób zwracamy się do dziecka, jak je traktujemy, ile uwagi mu poświęcamy. Ile miłości, wsparcia i akceptacji mu dajemy. To wszystko ma ogromny wpływ na jego dorosłe życie! Słowa naprawdę mają moc…. Warto więc pamiętać o tym, że

 

Jeśli dziecko jest zawstydzane, uczy się poczucia winy.
Jeśli dziecko doświadcza wrogości, uczy się walczyć.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze krytyki, uczy się potępiać.
Jeśli dziecko musi znosić kpiny, uczy się nieśmiałości.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze zachęty, uczy się ufności.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze aprobaty, uczy się lubić siebie.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze akceptacji i przyjaźni, uczy się tego, jak znaleźć miłość w świecie.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze uczciwości, uczy się sprawiedliwości.
Jeśli dziecko żyje w poczuciu bezpieczeństwa, uczy się ufności.
Jeśli dziecko jest akceptowane i chwalone, uczy się doceniać innych.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze tolerancji, uczy się być cierpliwym.

 

Moja ocena: 8/10.

WARTO.

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

8 uwag do wpisu “7 uczuć -lektura obowiązkowa dla tych, co myślą o potomstwie.

  1. Zib

    Nie spodziewam się chyba dziecka,choć kiedy ostatnio miałem okres nie pamiętam😜, ale nie popadalbym w zbytnia przesadę. Oczywiscie !!! Wielu tzw. rodziców nigdy nie powinno nimi zostać. Pewne geny powinny zniknąć,ale życie jest o wiele prostsze i zarazem bardziej skomplikowane niż filmy robione flgóownie oo to by zrobic wrażenie. Nie widzialem ,więc nie oceniam ale….
    Uważam że polskie kino nie istni3je od jakchś cztwrdziestu lat. Na razie nie widzę nikogo kto byłby w stanie je wskrzesić .
    Wiem,wiem! Zaraz wysypia sie „cenne nagrody”i epokowe dzieła. Tylko z3 jaxdaje swą rekę obciac za to że te epokowe dzieła, znikną za rok, dwa. Zastąpione przez jeszcze bardziej epokowe!☺

    Polubienie

  2. CyryliMetody1

    Szanowna Pani, z Pani rozważań jest jeden wniosek. Ważny wniosek, a którym już moja Babcia mówila: Czym skorupka za młodu …
    A ja teraz, mając już ustaloną w moim 70 letnim życiu skorupkę, zaczynam sprzątać.

    Przebaczenie to najważniejsze, albo jedno z najważniejszych działań wśród ludzi. Dlatego Jezus jednoznacznie uzależnił swoje przebaczenie od mojego przebaczenia. Jednoznacznie, bez możliwości innej interpretacji. Causa finita …. Nie to nie.

    Co stało się od lipca 1947 roku do 1960 roku? Ojciec mój odszedł od nas gdy miałem trzy lata. Niestety, nigdy o tym z moją Mamusią nie rozmawiałem. Nie chciałem Jej ranić. A szkoda, bo wiele nie wiem. Moi rodzice wzięli ślub w ostatnich dniach września 1939 roku. Co działo się do dnia mojego urodzenia w 1947 roku – nie wiem. Tak naprawdę, to nic nie wiem. Nie wiem też co robili moi rodzice w czasie okupacji. Znalazłem stare zdjęcie, z 1942 roku, na nim moja Mamusia i chyba ojciec. Zdjęcie zrobione w Jaśle. Mamusia bardzo dobrze ubrana, z ojcem, przy dobrym samochodzie. To cala moja wiedza o czasie okupacji. I jeszcze jeden szczegół, Mamusia była orientacji polskiej, urodzona w Maczkach, był to zabór rosyjski (wtedy nazywały się Granica), a ojciec urodzony w Chorzowie, był orientacji nienieckiej, podobno volklista 2. Nie wiem jednakowoż, czy to było istotne. Mamusia nigdy nie powiedziała nic osobiście złego o Niemcach. Problem polsko-niemiecki w naszym domu nie istniał. Tyle wiem o małżeństwie mojej Mamusi w latach 1939 do czasu rozwodu, chyba w 1950 roku. Ale wróćmy do sprawy. Coś się stało między rodzicami. Nie wiem co. W księdze chrztów z lipca 1947 roku w kościele św Antoniego, gdzie byłem chrzczony (chyba 12 lipca), wyczytałem, że rodzicami chrzestnymi były osoby tylko z rodziny Ojca 1 . To już wskazuje, że cos mocno nie grało między rodzinami. I następna sprawa, która po kilkudziesięciu latach mną wstrząsnęła. Ojciec mój był współwłaścicielem willi w Chorzowie. Dwa tygodnie po moim urodzeniu willa została przepisana jego siostrze . Odczytuję to, że mnie, dwutygodniowego noworodka, wydziedziczono . Jaki to był człowiek, który to zrobił, jaka to była rodzina, która to zaakceptowała? Moja Żona jednak inaczej to tłumaczy. Po dłuższym namyśle, tłumaczy to ochroną domu przed utratą w wyniku przejmowania majątku niemieckiego przez państwo. Może, ale któż to teraz może zweryfikować. Mamusia rozwiodła się chyba w 1950 roku. Nigdy ponownie nie wyszła za mąż. Mój ojciec Mieszkał w Chorzowie, tam gdzie my.. To ważny szczegół w ocenie sytuacji. Mieszkał kilka ulic od naszego domu. Ożenił się ponownie. Chyba wyjechał do Zielonej Góry. Potem wrócił do Chorzowa. Leżał w szpitalu, lekarzem tej sali była moja dobra koleżanka, Danusia. Zmarł na jej sali w 1974 czy 5 roku. My już byliśmy wtedy małżeństwem. Wiem od Danusi, że chwalił się mną, moim wykształceniem. Ale nawet w obliczu śmierci, nie wspomniał o spotkaniu, nie dążył do spotkania, a mógł to zrobić wieloma drogami, wiedział, że Danusia jest naszą (Żona i ja) dobra koleżanką. Moja Żona tłumaczy to, że po prostu bał się. Może. Ale nie ulega wątpliwości, że mógł szukać kontaktu ze mna na wiele sposobów. I to w okresie kilkudziesięciu lat, gdy emocje opadają, a uczucia wzrastają. I to jest normalne. A jednak, jak się okazuje, nienormalne. Nigdy nie uczynił nawet najmniejszego znaku. A było to łatwe. Ja w tym czasie – w młodości nigdy nie odczułem, nawet w najmniejszym stopniu, braku ojca. To ważne stwierdzenie w ocenie całości. Mamusia i Ciocia, a przedtem Babcia, zapewniły mi właściwe wychowanie, warunki do nauki, poczucie bezpieczeństwa, miłość. Mamusia zarabiała dobrze, wyjeżdżaliśmy na wakacje, ja miałem dobry rower. Ojciec nie był mi do niczego potrzebny. Dlatego go nie szukałem, nie potrzebowałem, nie kochałem. . Chociaż nie miałem osobiście wcale poczucia krzywdy, to wyczuwałem krzywdę mojej Mamusi. Jednak nigdy nie rozmawiałem o tym z Mamusią. Nawet gdy miałem już …dzieści czy …dziesiąt lat. Jest zatem zrozumiale, że ojciec mój był dla mnie osobą obcą. Tak samo obcą, jak dowolny przechodzień na ulicy. Nigdy go nie widziałem, nie wiem nawet jak wyglądał. Nigdy nie odczułem jego braku. Nie byłem na jego pogrzebie, chociaż wiedziałem o pogrzebie , bo klepsydry były wszędzie rozwieszone. Myślę, że celowo rozwieszone w miejscach, którymi chodzę. Ale to była dla mnie osoba obca. Nie pamiętam co robiłem w dniu pogrzebu, nie wiem jaki to był dzień. Dla mnie taki jak każdy inny. . I to najlepiej świadczy o mojej całkowitej obojętności . I teraz pojawia się znajomy ksiądz, proboszcz sąsiedniej parafii, gdzie mieszkał mój ojciec z drugą żoną. To był czas naszych studiów lata 1965 – 1970, Duszpasterstwo Akademickie, spotkania u znajomego księdza, w jego willi stojącej kilkaset metrów od willi mojego ojca , zapewne znał (może nawet dobrze) ich dobrze. Mieszkali w niedalekiej willi. Znał też mnie. Nigdy nie zagadnął ani słowem. Nie mam o to pretensji do ks Krzoski, bo nie jestem pewny jaka byłaby moja reakcja. Moja Żona tłumaczy, że mogli nie wpuszczać kolędy i nie znać Problem mojej obojętności jest dla mnie naturalny i moralnie bez zastrzeżeń. Jednak mój poprzedni spowiednik był zdania, że jednak coś otrzymałem od ojca, życie, geny, za co powinienem być mu wdzięczny. Może, Kilka tygodni po śmierci ojca, znajomy ksiądz powiedział: pewna pani chciałaby z tobą (a może z wami, nie pamiętam) rozmawiać. Wiesz chyba o kogo chodzi. Tak, domyśliłem się. Druga żona mojego ojca prosiła o spotkanie ze mną. Umówiliśmy się w kawiarni, poszedłem z żoną. Rozmawialiśmy poprawnie, może nie przyjacielsko, ale bez złośliwości, starając się zachować klasę. Potem była jeszcze jedna wizyta w ich willi. Dostałem wówczas tzw zachowek. Czyli druga żona mojego ojca potrafiła się zachować. Nie odczułem do siebie, a właściwie do nas, ja i moja Żona, żadnej niechęci z jej strony . Rzekłbym, obojętną życzliwość. Tak to wówczas odczuwałem. Dzisiaj wiem, że to była rzeczywista życzliwość. Ona jedna z tej rodziny zachowała się po ludzku. Zastanawia mnie rola księdza. Z jednej strony św Paweł pisze do Tymoteusza, a za nim do każdego księdza, – nastawaj w porę i nie w porę, z drugiej strony , czuję że lepiej że do spotkania z ojcem, bo moja reakcja na to spotkanie mogłaby wiele popsuć. Czy mam poczucie krzywdy? Chmm. Sam do końca nie wiem. Chociaż nie miałem wcale poczucia krzywdy, to wyczuwałem krzywdę mojej Mamusi. Dopiero teraz, gdy mam … dziesiąt lat, wiem, że ojciec jest do wychowania potrzebny. Niezbędny. Nawet Panu Bogu był potrzebny. Zatem należy odpowiedzieć na pytanie: skoro nie odczuwałem nigdy potrzeby ojca, nie tęskniłem do niego, nie chciałem go znać i poznać, stał się dla mnie człowiekiem obcym, to jak oceniam moje życie bez ojca. Pewny jestem, że moje dążenie do sukcesu, ta chęć pokazania mojej Mamusi, że ma dobrego syna, to jedna z konsekwencji braku ojca. A było co pokazać: zdałem do liceum, byłem laureatem Olimpiady chemicznej, dostałem się bez egzaminów na studia, dostałem pracę na renomowanej uczelni, w cztery lata byłem już doktorem, potem doktorem habilitowanym, też w krótszym niż zwykle czasie , potem najmłodszym profesorem uczelnianym, takie dążenie do sukcesu doprowadziło mnie w pewnym czasie na skraj katastrofy, ale o tym może kiedy indziej, mam kochającą Żonę, mimo wielu zawirować życiowych, nigdy nie myśleliśmy o rozwodzie, potrafiłem utrzymać na wysokim poziomie rodzinę z piątką dzieci, dużym mieszkaniem, nowymi samochodami i domkiem w górach. Nikt z naszej rodziny nie wykoleił się. Wszyscy się kochają i mogą na siebie liczyć. Ogromna w tym zasługa mojej Żony, która w tym czasie wychowywała dzieci i gospodarowała. Myślę, że tą ponadprzeciętność Mamusia widziała i była z tego dumna. Ja też. Ojciec nie był mi niczego potrzebny. Ani fizycznie, ani uczuciowo. Kropka, nie był mi potrzebny.
    A teraz o snach. Nie lekceważmy snów. Ciężkie doświadczenie miał mój zięć, XX. Jego ojciec, pijak, awanturnik. XX b ył przy jego śmierci. Nie przebaczył mu. Zbyt dużo złego jego ojciec popełnił. Ale potem ojciec śnił mu się. Nie straszył, nie były to straszne sny. Ale się śnił, przypominał o swym istnieniu. Sny ustały dopiero, gdy Piotr z serca przebaczył swemu ojcu. Ale nie werbalnie, ale z serca . Czy to sytuacja analogiczna do mojej. Nie, tam ojciec był pijakiem, rozrabiaką, trwonił dorobek i był utrapieniem. Mój ojciec odszedł. Nie wiem jakie były szczegóły odejścia. Ale nigdy nie przyszedł do mnie we śnie. Nigdy. Jest to wskazówka dla mnie, na ile rzetelna, nie wiem, ale może powinienem zmienić mój stosunek do ojca, może nie ma co przebaczać. Może to nie jest mój problem. To w czym problem – w moim posprzątaniu w mojej jaźni, w przebaczeniu. Dawniej na spowiedziach mówiłem, że nie potrafię przebaczyć mojemu ojcu, nie analizując o co naprawdę chodzi. Typowa rozmowa przy spowiedzi: To nie otrzymasz rozgrzeszenia. To przebaczam. To cię rozgrzeszam. I tak w kółko. Teraz myślę, po głębokim rozważeniu, w czasie miesiąca pisania tego listu, że może mojej krzywdy nie ma. Mamusi powinna sobie załatwiać swoją krzywdę sama, A więc co ja mam przebaczać mojemu ojcu? . Tak naprawdę, to ojciec mój dal mi, poza życiem – spokój. Tak to odczuwam. Nie istniał dla mnie. Nie było go. Rozwijałem się i rosłem dobrze bez niego. A przecież znamy wiele przykładów toksycznego działania obecności ojca, ale mnie to nie spotkało. A przecież mogło. Po kilkunastu latach walki duchowej, chcę ostatecznie posprzątać. Albo dojdę do wniosku, że zostałem skrzywdzony przez mego ojca i wtedy trzeba się pojednać, albo nie ma krzywdy, miałem tzw święty spokój i w rezultacie nie czuję żalu i nie ma za co przepraszać. Osoba obojętna, istniał, ale nic z tego dla mnie. Może nawet będę wspominał z lekkim odcieniem życzliwości jego nieobecność w moim życiu. Coraz bardziej się skłaniam ku temu stwierdzeniu: Sprawa mojego ojca to sprawa między moją Mamusią a ojcem i mnie to nie dotyczy. Po co to piszę? Tak sobie myślę, a może sprawy już nie ma, (i) bo została przeze mnie wymyślona, (ii) bo była ale wygasła, (iii) bo była ale nie dotoczyła mnie, (iv) a może odgrzewam stary kotlet, którego już nawet pies nie zje. Czemu piszę, bo byli znajomi, którzy ostrzegali moją dziewczynę przed małżeństwem ze mną, z jedynakiem, wychowanym bez ojca. Taki to nie będzie wiedział, jaka jest rodzina z ojcem.
    I te sprawy do dzisiaj, nawet jak mam ponad 70 lat , bolą.
    Serdecznie pozdrawiam,

    Polubione przez 4 ludzi

    1. Zib

      Trochę podobieństw, chocby Jasło wxktorego okolicach i w samym mam wciąż rodzinę ze strony Mamy. Teraz Chorzów, ja o kilka km dalej bo Pawłów w Zabrzu,choc urodziłem się w Szczecinie. Wczesna strata ojca( tu śmierć) i jeszcze w dodatku podobne poglądy☺

      Polubione przez 2 ludzi

      1. CyryliMetody1

        Szanowny Panie, Szczenianinie, po Pana wpisie odżyły wspomnienia. W Szczecinie, Pana mieście i mieście Katarzyny Wielkiej, byłem chyba dwa razy. Piękne miasto. Nie widziałem wiele, przeszedłem tylko z ulicy gdzie jest sąd, parkiem do Urzędu Miejskiego, i dalej. Piękna architektura, zieleń, przestrzeń. Dziwiła mnie numeracja ulicy, zupełnie poza zdrowym rozsądkiem. Poza tym bardzo źle mi się po Szczecinie jeździło. Szczecin był mocno rozkopany i wjazd do miasta był trudny. To był czas bez GPS-u. Ulice, zamiast układu prostokątnego, mają układ gwiaździsty. W układzie prostokątnym mniej więcej wiadomo gdzie jechać,.jak skręcę trzy razy w prawo, dojadę do wyjściowego miejsca. W układzie gwiaździsty ulic – wszystko mi się miesza. Ale miło wspominam ten krótki pobyt. Bulwary Chrobrego, chociaż co miał Chrobry do Szczecina, są piękne. W porcie stał duży żaglowiec, bardzo malownicze to było. Katedra była w remoncie, wszędzie robotnicy, stuki młotkami, brud tynkarski. Na placu przed katedrą ciasno. Trudno o dobre zdjęcie pięknego gotyku. Na uliczce pięknie okalającej Katedrę = apteka z ogromną reklamą. Fatalny widok. Dlatego zrobiłem mało zdjęć, i nie umieściłem ich na moim YouTube. Za to drzwi do Katedry wspaniałe. Wracając pomyliłem drogę, wjechałem do Niemiec, ale na najbliższym zjeździe zawróciłem. Po drodze dużo terenów wodnych, dużo mostów. Myślałem sobie, jak tu szło natarcie w 45 roku. Nocowaliśmy w Poznaniu, u przyjaciół, bo za jednym podejściem nie zrobiłbym takiej drogi. Koniak bardzo dobrze po takiej podroży wchodził. Poznałem Jędrka, ojca dwójki ciężko niedorozwiniętych dzieci. Corocznie leci na rehabilitacje do Odessy. Do delfinarium. Oczywiście, jak to po alkoholu, umówiliśmy się, że też pojedziemy. Architektura kościelna bardzo mnie interesuje. Tam byłbym jak w raju. Ale niestety, po wytrzeźwieniu i zastanowieniu się, zrezygnowaliśmy z podróży. Acha, zapomniałem dodać, że te wszystkie opisy powinienem raczej pisać w liczbie mnogiej, bo byliśmy tam razem z moją Żoną.
        To takie sobie moje wspomnienia, obrazki z życia. Przecież nasza rozmowa wcale nie musi dotyczyć aktualności głównego wpisu Pani Joanny. Dlatego w poprzednim wpisie coś wyrzuciłem z siebie. Coś, co było i jest we mnie, a głównego tematu raczej nie dotyczy. I dziękuję Panu że nie próbował Pan wyjaśniać mi moich wątpliwości poprzedniego wpisu. Dziękuję Panu za odświeżenie miłych chwil. Pozdrawiam, natywnego Szczecinianina i poźniejszego Zabrzanina. Jak to powiedział generał De Gaulle: Zabrze, najbardziej polskie z polskich miast. Richtig.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Zib

        Owszem Szczecin ma cos w sobie,jest inny. Takie skrzyżowanie miast hanzeatyckich i skandynawskich. Ja pamietam czasy gdy i katedra i zamek byly kompletnymi ruinami i dlugo x tym sie nie robiło. Chyba do czasow potwierdzenia granic umową z Kohlem. Zabrza nie lubie zbytnio, mogloby byc przyjemnym.miastem ale nie mialo szcxescia do zarządu
        Cóż tak bywa.
        Lubię Pańskie w komentarze bo mamy zbliżone systemy wartosco mimo calkiem róznych losow(ja skonczylem szczecinska WSM i dopoki zdrowie bylo plywalem we flocie handlowej. A jednak pewne prawa i wartosci są niezależne od ludzkich losow. I tak powinno chyba byc?
        Pozdrawiam na blogu dziewczyny( dla mnie rownieź moglaby byc co najmniej corką) , ktora jak niewiele z piszacych nie powoduje u mnie rozterek czy aby napewno piszę do Kobiety☺

        Polubione przez 2 ludzi

  3. świechna

    Film z pewnością zobacze, planujemy to z moim Kraciastym od jakiegoś czasu. Koterski robi filmy różnego kalibru, ale np. „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” rozwala, chociaż pewnie nie robiłby na mnie takiego wrażenia, gdybym po drodze nie studiowała psychologii – autor zawarł w skrócie żołnierskim wszystkie najważniejsze patologie alkoholizmu, niemalże jak na zajęciach terapeutycznych. A scena w której alkoholicy tłumaczą dlaczego piją i przetkanie tego wzruszeniem nad JPII to klasyka – już dwa razy spotkałam się w realu z podobnymi „tłumaczeniami” alkoholików, niemalże punkt po punkcie. Zabieg wrzucenia dorosłych w role dzieci interesujący – w końcu jeśli tak się na to spojrzy (że każdy z nas jest tym dzieckiem, tylko trochę później), to wiele rzeczy zaczyna inaczej wyglądać, choćby napastliwi komentatorzy.
    Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 3 ludzi

  4. CyryliMetody1

    Odpowiedź do Ziba z godziny 21.12
    Szanowny Panie. Trzy bliskie miasta – Zabrze, Gliwice i Bytom za Niemca, czyli do 1945 roku, były piękne. Bytom prawdopodobnie – piszę z pamięci, a problemem zajmowałem się kilka lat temu, był miastem stołecznym. Dzisiaj można podziwiać architekturę tych miast na starych pocztówkach, dostępnych w sieci. Dużo pięknych budynków niszczało i nadal niszczeje. Nie wiem jak w Zabrzu, mało znam to miasto, zawsze byłem tam przejazdem, ale w Bytomiu – na pewno. Były w latach trzydziestych XX wieku plany utworzyć metropolię z tych trzech bliskich miast, ale zaczęła się wojna i inne były priorytety. Zabrze zostało zniszczone przez wojska radzieckie w 1945 roku, szczególnie dlatego, że były to tereny niemieckie, gdzie żołdactwo mogło robić co chciało. Chorzów był ostatnim miastem w Polsce. Za kilka km były Niemcy. Komuna też zbytnio nie dbała o piękno.
    Pozdrawiam,

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s