Edukacja bez barier, czyli kilka myśli o autyźmie.




Jakiś czas temu do mojego miasta rodzinnego przyjechała moja serdeczna koleżanka – wspaniała kobieta, żona oraz matka 7- letniego syna Pawełka cierpiącego na autyzm. Kiedy po raz pierwszy zaprosiła mnie do siebie 3 lata temu, lojalnie uprzedziła mnie o tym, z jakimi zachowaniami jej dziecka mogę się spotkać. Zapewne chciała mi oszczędzić ewentualnego wstrząsu i poczucia niezręczności. Kiedy przestąpiłam próg jej domu, powitały mnie wszędzie porozrzucane klocki oraz biegający i krzyczący wniebogłosy Pawełek. D. spojrzała na mnie ze stoickim spokojem i podsumowała: „Witaj w domu. No więc tak to właśnie wygląda”.

O tym, że ich synek cierpi na autyzm dowiedzieli się dość późno. Dostrzegali pewne niepokojące sygnały, jednak byli pewni, że to przejdzie, bagatelizowali sytuację. Oczywiście – do pewnego momentu. W końcu postanowili iść z Pawełkiem do lekarza. Dokładny wywiad lekarski oraz wyniki badań wykazały jednoznacznie: „państwa syn ma autyzm”. Jak można się domyśleć – diagnoza była trudna do przyjęcia. W głowie D. pojawiło się mnóstwo pytań. Nie tylko „dlaczego nas to spotkało?”, ale również: „jak możemy pomóc Pawełkowi? „ , ” jak go zrozumieć? ” oraz „jak on sobie poradzi w życiu, kiedy nas zabraknie? „. To właśnie to ostatnie pytanie niepokoi D. najczęściej.

Mąż niestety stał się bardziej wycofany, oddalił się od D. emocjonalnie, choć starał się dbać o rodzinę jak to tylko możliwe. Pawełek zepchnął męża D. na dalszy plan. Można więc powiedzieć, że cała miłość, troska i odpowiedzialność za dziecko spoczęła właśnie na D. (przynajmniej przez jakiś czas). Na szczęście mąż stanął na wysokości zadania i choć nie przyszło mu to lekko – zaakceptował fakt, iż dziecko którego pragnął, daleko odbiega od jego wyobrażeń i wymaga specjalnej troski z racji autyzmu. Jednak wielu mężczyzn – jak sądzę – w tej sytuacji najzwyczajniej w świecie odeszłoby od żony (lub partnerki), pozostawiając ją samej sobie.

Nie będę się skupiać na przyczynach tej choroby, jej rodzajach i objawach (wyszła by mi bowiem z tego magisterka z psychologii, a nie o to mi chodzi). Skupię swoją uwagę jedynie na rozwoju dziecka oraz  EDUKACJI, gdyż o tym najwięcej dyskutowałyśmy. Kiedy Pawełek był młodszy – w ogóle nie było z nim żadnego kontaktu. Ani wzrokowego, ani emocjonalnego. Nie można było też nad nim zapanować, ani też przewidzieć jego reakcji. Nie potrafił wyrażać siebie. Nie rozumiany przez otoczenie – najczęściej reagował krzykiem, złością, biciem czy agresją. Nie znosił zmian. To akurat mogłam zobaczyć będąc u niej. Pół biedy, jeśli dziecko zachowywało się w taki sposób w domu. Problem zaczynał się wówczas, gdy D. była z nim na podwórku czy np. w sklepie. Często zdarzało jej się wówczas usłyszeć niemiłe komentarze w stylu: „ale ma pani niewychowane dziecko”, „co za niegrzeczny bachor”, „nieznośnego ma pani syna” itp…. To smutne, że tak łatwo jest innym poniżyć kobietę, przykleić etykietkę beznadziejnej matki nie znając sytuacji. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że dziecko po prostu może cierpieć na jakąś chorobę i dlatego zachowuje się tak, a nie inaczej…

Dziś, tj. kilka lat później od moich odwiedzin u D., Pawełek nie jest już tak agresywny:  potrafi wyrazić emocje tak pozytywne, jak negatywne. Wchodzi w interakcje z rówieśnikami i czyni postępy w nauce (o czym wcześniej nie było mowy). Jest to zapewne zasługa terapii oraz ciężkiej pracy i walki D. o dobro dziecka i jego jak najlepszy rozwój, samodzielność. Póki co,  Pawełek ma nauczanie indywidualne. Na sugestie ludzi „życzliwych”, by D. rozważyła posłanie dziecka do szkoły specjalnej – nie reaguje. W ogóle nie dopuszcza takiego rozwiązania, w czym całkowicie ją popieram.

Moi rodzice także stali przed tym dylematem, czy nie posłać mnie do szkoły specjalnej zamiast do publicznej , normalnej podstawówki. Na całe szczęście – wybrali tą drugą opcję. Łatwo nie było: dzieci były bezlitosne, nie mogły zrozumieć i zaakceptować mojej „inności”. Ale dzięki nauce w szkole publicznej nie tylko zdobywałam z zapałem mnóstwo wiedzy (uchodziłam w klasie za kujona), ale też odebrałam prawdziwą szkołę życia. Doświadczenia z tamtego okresu mocno mnie zahartowały. Jestem przekonana, że edukacja w szkole specjalnej może i zapewniła by mi akceptację środowiska, ale zubożyła by mnie o wiele doświadczeń a przede wszystkim nie pozwoliła by mi poznać w pełni, jak naprawdę wygląda życie, z jakimi sytuacjami w przyszłości mogę się spotkać.

Jestem zdania, że nie powinno się odseparowywać dzieci zdrowych od chorych, gdyż integracja może te dzieci wzajemnie siebie ubogacić. Ale w naszym pięknym kraju jest jak jest:  trudno jest dostosować klasy jak i odpowiedni program nauczania do potrzeb dzieci. Nauczyciele nie potrafią, nie rozumieją  – i często nie chcą pracować z „trudnym” dzieckiem. Mało tego: przyszłych nauczycieli nie uczy się na studiach, ani na kursach przygotowawczych do zawodu – w jaki sposób obchodzić się z dziećmi mającymi zaburzenia takie , jak np. tytułowy autyzm czy Zespół Aspergera.I przypuszczalnie dlatego D. rozważa wyjazd za granicę. Na stałe. Bo jej kiedyś zabraknie a tutaj, w Polsce, dla jej dziecka nie ma żadnej przyszłości….

Jakie było moje zaskoczenie, kiedy buszując w internetach znalazłam powyższe zdjęcie pokazujące tendencję wzrostową zachorowań na autyzm w ciągu około 30-tu ostatnich lat. Wszystko wskazuje na to, że liczba cierpiących na autyzm będzie z roku na rok coraz większa. To nie jest dobra wiadomość. Co zatem można zrobić? To dobre pytanie. Liczę, że wypowie się w tej sprawie ktoś bardziej kompetentny, niż ja. Ale myślę, że jest coś, co każdy z nas może spróbować zrobić, jeśli zetknie się z osobą autystyczną. Tym czymś jest trud wejścia w świat tej osoby, próba nawiązania kontaktu i budowania więzi, by chora osoba czuła naszą miłość, akceptację i wsparcie. A jeśli dostrzeżemy jakieś talenty u chorego – koniecznie zachęcajmy taką osobę do ich rozwoju. To punkt widzenia zwykłego laika, który może o autyzmie wie niewiele, ale wie co to choroba, stereotypy, odrzucenie i walka o życie.

Już na koniec, w ramach krótkiej refleksji – krótka historia. Prawdziwa, rzecz jasna. Kobieta, lat 30. Szuka od kilku lat pracy. Ma dwa fakultety, ciągle się rozwija, pisze bloga, gotuje, zna dwa języki obce perfect. I choć szuka pracy aktywnie i nieustannie się dokształca w różnych kierunkach- nikt nie chce jej zatrudnić, bo…. jest niewidoma…Nie dziwię się zatem, dlaczego D. tak bardzo obawia się o przyszłość Pawełka. Skoro dla pracodawców tak niewielka wada jak problem ze wzrokiem stanowi problem, by kogoś zatrudnić, to co dopiero autyzm? (…).

PS. Imiona zmienione, jednak historia prawdziwa.

3 uwagi do wpisu “Edukacja bez barier, czyli kilka myśli o autyźmie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s