Radość. Dlaczego tak mało jej wokół nas?


POST Z ARCHIWUM

Na temat radości pisałam już nieco na moim starym blogu na Onet.pl. Jednak postanowiłam do niego powrócić za sprawą pewnego zdarzenia, które miało miejsce w czasie Adwentu. Ponieważ pragnęłam posprzątać przed świętami nie tylko moje mieszkanie, lecz także moje wnętrze – udałam się na Eucharystię. Nasz proboszcz, nawiązując do czytań – wygłosił płomienne kazanie odnośnie modlitwy oraz radości życia. Podobnie jak ja zauważył, że coraz trudniej o radość w dzisiejszych czasach, coraz rzadziej widać ją na ludzkich twarzach. W naszych sercach, jak i codziennym życiu – panuje niezły bałagan. Kiedy podczas Mszy Świętej padły słowa : „przekażcie sobie znak pokoju”, odwróciłam się do tyłu i zobaczyłam twarze ludzi smutnych, zasępionych, a nawet wrogich. Jedna kobieta miała taki wzrok, o którym zwykło się mówić: zabójczy. Miałam ochotę cofnąć rękę i uciec gdzie pieprz rośnie, daleko, jak najdalej. Niestety, takie obrazki jak przed chwilą przytoczony na potrzeby tego posta – nie należą do rzadkości. Mam w tej kwestii własną refleksję, dlaczego tak jest, ale nie jestem od głoszenia kazań – od tego są kapłani. Ja może kiedyś – przy odpowiedniej okazji, lub w komentarzu – się tą refleksją podzielę.

Coraz mniej ludzi potrafi się cieszyć. Widzimy to na co dzień wokół siebie.Myślę, że w dużej mierze powodem takiego stanu rzeczy jest niezwykłe tempo życia. Żyjemy ciągle w biegu, ciągle jesteśmy czymś zajęci, zestresowani, pod nieustanną presją. Wiele się od nas wymaga. Ciężko pracujemy, bardzo często kosztem naszych relacji z bliskimi. Żyjemy w kulturze instant, czyli mówiąc prościej – TU I TERAZ.Naszą codzienność można porównać do niekończącego się maratonu: miotamy się między domem, a pracą, zawsze mamy mnóstwo spraw do załatwienia. Nigdy za to nie mamy czasu: DLA DZIECI: by przyrządzić im śniadanie, dopilnować by odrobiły lekcje, porozmawiać o tym jak minął dzień. Nie mamy czasu dla męża: by przykładowo pójść razem na spacer, czy na romantyczną kolację przy świecach (od czasu do czasu). Nie mamy też czasu dla naszych przyjaciół, znajomych. Kontakt face to face (dla mnie bezcenny) – coraz częściej zastępujemy przez narzędzia komunikacji typu messenger.…Może u was wygląda to nieco inaczej, jednak ja z wieloma znajomymi próbuję się już umówić na spotkanie przy kawie miesiącami i nadal nic z tego nie wynika. Niezmiennie słyszę : „bardzo chętnie, zdzwonimy się jakoś”. Nasze wzajemne relacje są coraz bardziej powierzchowne, płytkie. Coraz mniej się rozumiemy, coraz rzadziej dogadujemy, coraz mniej kochamy. Żyjemy niby razem, ale każde w swoim własnym świecie (…).

Znacie to? Ja tak. Powodów do narzekań i krytyki zawsze mamy wiele. Ale do radości? A z czego tu się cieszyć? Z pracy za minimalną stawkę? z żony która wiecznie narzeka, dzieci które wiecznie psocą, auta, którego znowu trzeba odstawić do warsztatu? Kredytu, który trzeba spłacić? zdrowia, które pozostawia wiele do życzenia?. Zachęcam was do tego, aby samemu sobie (niekoniecznie w komentarzu, chyba że ktoś chce) odpowiedzieć na jedno pytanie: kiedy ostatnio byłem naprawdę radosny, szczęśliwy, zadowolony, wdzięczny za wszystko co mam? (…). Tempo, jakie narzuca nam życie, jest naszym zabójcą (i to dosłownie). Ten owczy pęd zabija w nas miłość, radość, szczęście, relacje, poczucie samorealizacji, zdrowie. Coraz bardziej zwiększa się nasza zachorowalność na zaburzenia psychiczne, takie jak: depresja, napady lęku, bezsenność i uzależnienie od alkoholu, a także chorób neurologicznych, głównie demencji.

Potrzebujemy radości! Trzeba nam odkryć na nowo radość w swoim życiu. Jak to zrobić? Nie bój się być jak dziecko! (tak, pisze do osoba dorosła , która „pielęgnuje w sobie dziecko”). Jeśli masz dzieci, wiesz  dobrze o czym mówię. Jeśli nie – po prostu spójrz na jakieś. Jak się bawi, jak zachowuje, jak patrzy na wszystko wokół z ZACHWYTEM! Dla niego wszystko jest cudowne i niezwykłe, takie nowe. Ty też spróbuj spojrzeć na siebie w NOWY SPOSÓB!

Dziecko jest autentyczne w swojej postawie, niczego nie udaje. Spontanicznie wyraża siebie , niejednokrotnie zadziwiając swoją reakcją dorosłych.Wcale nie przejmuje się tym, co dorośli o nim myślą, jak go widzą. My za to – bardzo wiele myślimy o sobie. By wypaść w oczach innych jak najlepiej. By zarabiać jak najlepiej. Wyglądać jak najatrakcyjniej. Mieć mnóstwo znajomych wokół siebie.. Ile masek w ciągu swojego dotychczasowego życia założyłeś/ założyłaś dotąd, by ten cel osiągnąć? Ile razy zawiodłaś/ zawiodłeś się na ludziach tylko dlatego, że ZABRAKŁO CI ODWAGI BYCIA SOBĄ? Czy było warto?. Dziecko jest uparte. Zanim nauczy się dobrze chodzić – wiele razy upadnie, ale nie da za wygraną. Będzie tak długo próbować, aż mu się uda! A my, dorośli? Ilu z nas jeszcze wierzy, że spełnią się jego marzenia?Ilu z nas idzie w życiu na łatwiznę, zamiast – pomimo trudu – starać się o taką pracę, o której marzy, która da mu poczucie spełnienia ?! Naprawdę wiele możemy nauczyć się od dzieci. :).

Ja przez bardzo wiele lat nie widziałam w swoim życiu najmniejszego powodu do radości. Zakrywał ją obłok samotności, choroby, cierpienia, krzywdy, różnego rodzaju zła dostrzegalnego przeze mnie w świecie. Radość przyszła z czasem – dzięki konkretnym osobom, obecnym w moim życiu (większość tych osób to byli ludzie wierzący w Boga, co też jest warte zastanowienia.). Dziś raduje mnie wiele: to, że widzę piękno otaczającego mnie świata, słyszę śpiew ptaków (zwłaszcza rozczula mnie widok gruchających mi za oknem gołębi), Cieszę się, że żyję. Mogę pisać tego posta. Mam rodzinę. Wierzę. Cieszy mnie smak gorącej kawy o poranku i lekki powiew w upalny dzień. Chwyta mnie za serce moja Ruda kocica, Mangusia, która czasem u mnie poleguje. Cieszę się z moich gaf, drobnych potknięć – śmieję się wtedy z tymi, którzy są ich świadkami. To ich totalnie rozwala. Błogosławieni ci, którzy umieją śmiać z samych siebie – będą mieli ubaw do końca życia.

Radość , jak kiedyś usłyszałam – ma trzy poziomy. Pierwszym jest to, co nazywamy przyjemnością. Przyjemność jest cielesna. Drugim jest szczęście. Szczęście jest umysłowe. Trzecim jest błogość. Błogość jest duchowa. Ale wszystkie należą do jednej rzeczywistości, a tą rzeczywistością jest radość. Radość zamieniona na język ciała staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez cało staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez umysł staje się szczęściem. Radość nie uzyskiwana ani poprzez ciało, ani poprzez umysł – staje się błogością…A ty? na którym z poziomów radości się zatrzymałeś?

I tak króciutko podsumowując ten temat rzeka…czym według mnie jest RADOŚĆ? Jest ważną, naturalną potrzebą każdego człowieka, jest siłą płynącą z naszego wnętrza. Radość, ta najgłębsza – jest źródłem zdrowia, przedłuża nasze życie. Radością zjednujemy sobie ludzi. Radością zdobywamy świat! Radość sprawia, że świat staje się lepszy, piękniejszy! Bądźmy więc radośni! Tego Wam i sobie życzę. Niech tej radości nie zabraknie. Niech będzie jej w naszym życiu jak najwięcej!

PS. Post z mojej szuflady, popełniony jakiś czas temu na dawnym blogu. Temat zawsze na czasie. Kolejny już się układa w głowie. Pozdrawiam Was weekendowo i ide zarażać innych radością. :). Do zaś! :).

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Radość. Dlaczego tak mało jej wokół nas?

  1. świechna

    Ten brak radości z mojej perspektywy to spuścizna po epoce komunistycznej, a nie objaw czasów obecnych. Tutaj, gdzie mieszkam nieznajomi ludzie są dla siebie mili, a gdy tylko wracam do Polski, na smutne twarze natykamy się natychmiast na granicy – do policzenia celników, którzy się uśmiechają, palce jednej ręki to o wiele za dużo. Dotyczy to nie tylko Polaków, nasza podróż przez Pragę do Wrocławia była mniej więcej w takim samym klimacie, choć zawsze mi się wydawało, że Czesi są mniej nadęci.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Wiele jest przyczyn dla których nie potrafimy (nie chcemy?) się uśmiechać, jedną z nich jest chyba cywilizacja. Wspomniałaś o problemie z „umówieniem się na kawę”, ja przypominam sobie opowieści moich przodków jak (w latach 20/30 ub.w.) wczesnym rankiem z Łodzi wyjeżdżali dorożką do Warszawy. Tam spotykali się na umówionym obiedzie, a potem towarzystwo przenosiło się do opery/teatru. Wracali następnego dnia wczesnym rankiem.
    Dziadek popełnił mezalians, bo chociaż ożenił się ze szlachcianką to ona wcześniej mieszkała w małym dworku na wsi. Tam w długie zimowe wieczory gospodarze zbierali się w domach, aby np. drzeć pierze, grać w karty, robić zapasy na zimę/przedwiośnie, itd., itp., …

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s